Karpacki Hulaka 2019 !

Na trzeciej edycji Karpackiego Hulaki nie mogło zabraknąć przedstawicieli Peletonu Aquila Wadowice oraz siostrzanej sekcji Innergy Peleton Racing Team. Nasz Klub reprezentowali Bogusław Porzuczek, Artur Byrski, Krzysztof Żebro, Seweryn Gajos i Mateusz Mrowiec. Buguś i Artur jechali ten morderczy ultramaraton już po raz drugi. Organizator nie zawiódł i przygotował trasę na miano jednego z najtrudniejszych ultra w Polsce. Właściwie był to mix dwóch poprzednich edycji, czyli należało zaliczyć obowiązkowe segmenty (pierwsza edycja) i wybrane punkty w Beskidach i Tatrach (druga edycja). O trasie dojazdu do punktów i segmentów uczestnik decydował sam. Można było jechać bezpiecznie tylko asfaltem i zaliczać po kolei wybrane punkty, albo nieco skrócić trasę ryzykując jazdę terenem. Pierwszy wariant wybrali Mateusz, Krzysiek i Seweryn pokonując dystans prawie 700 km i ponad 10 tys. metrów w pionie! Zajęło im to 49 h. Drugi, asfaltowo – terenowy Boguś i Artur, co odpowiednio im zajęło 31 h i 41 h. Należy zaznaczyć, że Boguś pokonując dystans 565 km i 8,5 tys. metrów w pionie uzyskał DRUGI czas imprezy. Bezkonkurencyjny okazał się „król gór”, czyli Mariusz Cukierski z VeloArt, który ukończył maraton z czasem 28 h.
O wrażeniach z tej imprezy opowie nam Boguś.

Przygotowania do Karpackiego Hulaki zacząłem od planowania trasy. W przeciwieństwie do poprzedniej edycji wybrałem wariant asfaltowo – terenowy. Jak się później okazało było to dość ryzykowne, tym bardziej, że startowałem na rowerze typowo szosowym. Wariant ten dawał jednak pewną korzyść, skrócenie trasy o co najmniej 60 km. Pamiętałem też o właściwym zaprowiantowaniu na tak duży wysiłek, czyli żele energetyczne, magnez, tabletki izotoniczne do wody. Pozostałe wyposażenie ograniczyłem do minimum, czyli jazda na krótko + cienka wiatrówka na noc. Oczywiście pompka, dwie dętki, zestaw kluczy i latarki to mój stały ekwipunek na ultra. Start zaplanowałem na 4.00 rano, tak aby jechać tylko jedną noc.
Noc przed Hulaką spałem niespokojnie, tak że wstałem wcześniej i do Krakowa na start dotarłem o 3.40. Pierwszym wyzwaniem był 70 km segment z Jachówki do Porąbki k/Dobrej najeżony kilkunastoma podjazdami. Aby szybko dojechać do segmentu poleciałem „Zakopianką” do Głogoczowa i dalej DK52 do Biertowic, jechało się super, ruch był znikomy, a temperatura 13-14 stopni nie pozwalała się przegrzać. Od Sułkowic zaczął się pierwszy dłuższy podjazd na Przełęcz Badeniego – Sanguszki już w pierwszych promieniach słońca. Następnie zjazd do Budzowa i podjazd na przełęcz Szklary nad Bieńkówką. Dalej ślad kluczył w okolicach Myślenic, Poręby, Wiśniowej, wyszukując lokalne ścianki z tą najbardziej znaną również z widoków na Chełm. Po 5h i 120 km miałem pierwszy segment za sobą i skierowałem się na polanę Wyrębiska pod Mogielicą w Beskidzie Wyspowym, gdzie był mój pierwszy punkt. Przed podjazdem zahaczyłem jeszcze o sklep, aby uzupełnić bidony i chwilę odpocząć. Wyrębiska zwane też tarasami Mogielicy to olbrzymie wysoko położone polany z przepięknymi panoramami na Beskidy i Tatry, gdzie można dojechać asfaltem, a dalej pieszo w 40 min wyjść na najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego, polecam. Jadąc w dół spotkałem Wieśka współuczestnika maratonu. Po krótkiej pogawędce ruszyłem do punktu nr 2, czyli przełęczy Przysłop w Beskidzie Sądeckim. Nie znałem tego podjazdu, ale wiedziałem, że jakiś km przed przełęczą kończy się utwardzona droga. W Obidzy zapytałem dwóch sympatycznych panów z piwem jak wygląda końcówka up i zjazd do Szczawnicy. Popatrzyli na mój rower, pokręcili trochę głowami i powiedzieli, że będę musiał część pchać. Ja jednak nastawiłem się bojowo, że dam rady wyjechać. Kiedy skończyła się betonowa droga próbowałem walczyć jeszcze jakieś 300 m i zszedłem z roweru. Brakowało przełożeń i za duże kamienie. Wchodzenie pod górę po kamieniach w sztywnych butach z blokami okazało się nie lada wyzwaniem. Przełęcz osiągnąłem w samo południe. Przysłop jest widokowym siodłem między Dzwonkówką a Przehybą i rejonem znanym z walk partyzanckich, przez który przebiega Główny Szlak Beskidzki (wyzwanie dla ultra buciarzy :). Droga w dół zapewne dobrze wspominana przez amatorów kolarstwa górskiego jednak nie nadaję się do zjazdu na szosie. Pierwsze 500 m pcham, później delikatnie próbuję zjeżdżać. Dopiero po 3 km osiągam asfalt i pruję do Szczawnicy mijając po drodze efektowny wodospad na Sopotnickim Potoku. Organizm dopomina się ciepłego posiłku, ma już dość żeli, ale głowa mówi jedź do punktu trzeciego, bo zbliża się burza. Więc ruszam najpierw wzdłuż Grajcarka, później Białej Wody na przełęcz Gromadzką. W Jaworkach kończy się asfalt i zaczyna 7 km jazda terenem, z czego 5 km to leśnie ścieżki i polany. Przy suchej nawierzchni do przejechania nawet szosą, na co liczę. I przeliczyłem się, burza i ulewa dopadają mnie w połowie wjazdu, w ciągu kilku minut nawierzchnia zamieniła się w błotnistą maź, wszystko się klei do roweru, nawet pchać się nie da, bo zapchane są szczęki hamulcowe. Biorę rower na ramię i idę utopiony w błocie. Zmęczony, przemoczony i zły dopiero koło 14.00 docieram na przełęcz. Co dalej? O jeździe z powrotem po tym błocie nie ma mowy, a tak mam poprowadzoną trasę. Pukam do pierwszej lepszej chaty, miła pani daje mi wiadro wody, myję rower, deszcz nadal leje, więc chowam się do szopy i czekam. Jest czas żeby odpocząć, naładować baterię w nawigacji i znów zjeść żel z knopersem. Po pół godzinie ulewa ustaje, podejmuję decyzję o zmianie trasy, zamierzam zjechać po betonowych płytach do Piwnicznej i przez Słowację przebijać się na Podhale, aby rozpocząć drugi segment. Zjeżdżam ostrożnie, bo w wielu miejscach woda obficie przepływa przez drogę. Kiedy kończy się największa stromizna popuszczam nieco hamulce i czuję przyjemny wiatr we włosach. Miłe wrażenie szybko umyka, kiedy zauważam, że nie mam kasku. Zawracam i klnę. Prawie km najstromszego odcinka muszę pokonać z powrotem. Kiedy docieram na przełęcz słońce już mocno świeci, biorę kask z szopy i zaczynam zjazd, ale zgodnie za śladem do Jaworek. Nie żałowałem decyzji, mimo że musiałem bardzo uważać, zdecydowaną większość drogi w dół toczę się, mijani turyści patrzą na mnie ze zdziwieniem, politowanie, a niektórzy rozbawieniem. W Białej Wodzie chwila relaksu, wskakuję do wody myję nogi, rower i buty. Po ogarnięciu się śmigam dalej nadrobić stracony czas. Od tej pory jedzie mi się doskonale, kilometry przybywają, humor się poprawia, a jedyny problem to odparzone nogi w mokrych butach, ale to pikuś w porównaniu z wcześniejszymi przygodami. Segment podhalański ma 40 km i zaczyna się na moście na Białce Tatrzańskiej na Spiszu a kończy w Czarnym Dunajcu. O jego profilu powiem tyle, że biegnie śladem Tour de Pologne i Tatry Road Race, więc to już największemu amatorowi kolarstwa mówi wiele o stopniu trudności. Zjazd, podjazd, zjazd, podjazd pokonuję kolejne ściany. W połowie segmentu robię dłuższą przerwę na suszenie butów i jedzenie. Czarny Dunajec osiągam dopiero wieczorem, tu zakładam oświetlenie. Dalej trochę szybkiej jazdy po płaskim do Jabłonki, a z niewielkim nachyleniem do samej Zubrzycy. Punkt nr 4, czyli przełęcz Zubrzycką, a właściwie taką większą hopkę, osiągam kilka minut przed 22.00. Tam ubieram wiatrówkę i jazda w dół na Orawę. Ponownie mijam Jabłonkę, następnie w Chyżnym na granicy robię krótką przerwę na hot-doga, gdzie spotykam kolejnego Hulakę. Przez Słowację jedzie się dobrze, prawie nie ma ruchu. Z Zuberca zaczynam powoli wspinać się do Doliny Rohackiej w Tatrach Zachodnich, najwyżej położonego punktu na całej trasie, 1380 m n.p.m. Mijam następnego uczestnika, który w Zverowce zatrzymuje się na odpoczynek. Około 2.30 osiągam schronisko, punkt nr 5. Jest bardzo zimno, temperatura spada do 10 stopni, a mnie czeka długi zjazd. Na zjeździe miła niespodzianka, spotykam moich kompanów Przemka, Seweryna i Krzyśka, którzy jadą w odwrotnym kierunku. Chwilę gawędzimy, ale zimno szybko nam przypomina, że trzeba kręcić, aby się choć trochę rozgrzać. Życzymy sobie powodzenia i rozjeżdżamy się. Pierwszy i jedyny kryzys dopada mnie na podjeździe do punktu nr 6, granicznej przełęczy Glinne. Jest wczesny ranek a licznik pokazuje 9 stopni. Moje kolana cierpią z zimna. Bardzo żałuję, że nie wziąłem nogawek. Nie mogąc się rozgrzać ślimaczę się do granicy. Zjazd do Korbielowa wystudził mnie do cna, ale słońce już zaczynało operować i temperatura stopniowo rosła, a wraz z nią moje chęci do jazdy :). W Pewli jest już całkiem przyjemnie, więc zdejmuję wiatrówkę i zaczynam podjazd na przełęcz Rychwałdzką. Zimno wyssało ze mnie wiele energii, więc jadę wolno. W Łękawicy robię przerwę na jedzenie, przed wspinaczką do punktu nr 7. Łysina to ponad 2 km ścianka o średnim nachyleniu 20%. Mozolnie pnę się w górę jadąc od krawędzi do krawędzi drogi, w końcu koło godz. 7. osiągam szczyt. Widok wyborny na południe z dwoma wybitnym kulminacjami Babią i Pilskiem. Po krótkim odpoczynku i nacieszeniu oka decyduję się na 1,5 km zjazd terenem w dół do Kocierza Moszczanickiego. Pierwsze 300 m jadę elegancko polną drogą przez łąki, jednak od granicy lasu zaczynają się kamienie. Jazda staje się coraz bardziej karkołomna, więc schodzę z roweru. Jest tak stromo, że ślizgam się na blokach, myślę co zrobić – iść boso? Wpadam na lepszy pomysł. Zdejmuję rękawiczki, wyjmuję taśmę izolacyjną z sakiewki i owijam rękawiczki pod blokami. Patent się sprawdził, schodzę powoli, ale bezpiecznie. Mimo, że długie w czasie, zejście miało swoje plusy – odpoczęły pośladki i nogi w innej pozycji. Dalej plan był wyjechać najstromszą asfaltową ścianą w Beskidach ul. Widokową (notabene tegoroczna trasa Tour de Pologne ma tędy przechodzić), ale po pięciuset km i ponad 8 tys. przewyższeń straciłem zapał do kolejnej ściany i postanowiłem przełęcz Kocierską zdobyć łagodnym podjazdem od strony Łękawicy. Długi zjazd do Andrychowa i posilenie się przy sklepie pozwoliły mi nabrać trochę sił przed finiszem. Nie wiem, czy bliskość mety, czy przerwa na to wpłynęła, ale z Wadowic, jechałem jakby na dopalaczu. Ostatnie 40 km śmignęło mi ze średnią 30 km/h. Zmęczony, ale szczęśliwy na mecie zameldowałem się kilkanaście minut przed 11 rano. Przywitał mnie mój kolega z klubu Paweł Chwała i odwiózł do Wadowic, za co mu bardzo dziękuję.

Podsumowując udział w Karpackim Hulace traktuję przede wszystkim, jako wspaniałą przygodę, czas, kiedy mogę się wyciszyć, zapomnieć o codziennych obowiązkach i podziwiać wspaniałe widoki naszych przepięknych Beskidów i Tatr. Nie ukrywam, że również trudności, z jakimi się spotykam podczas tak wyczerpującej jazdy, walka z samym sobą nakręcają mnie i dodatkowo motywują. Po prostu lubię się „sponiewierać”, a tego aż nadto zapewnia Hulaka. Polecam ten ultramaraton każdemu rowerzyście, co myśli podobnie.

Dodaj komentarz